Utrzymujący się od chwili przystąpienia Polski do Unii Europejskiej rozwój gospodarczy oraz towarzyszące mu zwiększające się wynagrodzenia spowodowały w ostatnim czasie silny wzrost konsumpcji. A to oznacza nie mniej ni więcej tylko tyle, że Polacy rzucili się w wir zakupów (począwszy od produktów żywnościowych, a na nieruchomościach skończywszy), jakby nadrabiając stracony czas z poprzednich lat.
Efektem takiego, można by powiedzieć, ogólnonarodowego zrywu jest, jak łatwo się domyślić, dużo wyższa od prognozowanej na 2007 rok inflacja.
Teoretycznie przyrost ilości pieniądza w obiegu skłania społeczeństwo do zwiększania konsumpcji, w celu upłynnienia posiadanego kapitału, a takie działanie w warunkach wolnorynkowych powoduje wzrost cen, czyli bezpośrednio wpływa na wzrost inflacji. I tu koło się zamyka. Złośliwi mówią, że właśnie tak powstaje kwadratura koła, ale my złośliwi nie jesteśmy.
Taka sytuacja nam jednak nie grozi. Nie borykamy się bowiem z 30-to procentową inflacją (jak to miało miejsce w 1995 roku), ani nawet z 10-cio procentową (jak dla przykładu w 1998 roku). Kilkuprocentowa inflacja nie stawia pod znakiem zapytania rentowności inwestycji na giełdzie. Może ona jednak spowodować, że zysk w wysokości 3–5% pochodzący z lokaty bankowej lub konta oszczędnościowego (relatywnie do wartości pieniądza) okaże się niewielką, ale jednak deprecjacją (czytaj: stratą) wartości posiadanego kapitału.
Czy związku z powyższym Polacy powinni zrezygnować z inwestowania i oszczędzania? Otóż, nie. Odnoszący naprawdę wielkie sukcesy inwestycyjne uczestnicy rynku na pytanie: - Kiedy warto i kiedy należy inwestować? Odpowiadają niezmiennie: - Zawsze wtedy, kiedy posiada się niezbędne środki finansowe.
Wraz ze wzrostem wydatków, zarówno na dobra pierwszej potrzeby, jak i na luksusowe, rosną też nasze oszczędności. Zatem, gdzie najchętniej inwestujemy? Jaką strategię inwestycyjną wybrać? Jaka jest opłacalność inwestowania na giełdzie - przy rosnącej na rynku inflacji?
Zaczynając inwestycje w akcje, szukamy najlepszego momentu wejścia na giełdę. Czy czekać na bessę i zainwestować większe pieniądze? Czy odkładać systematycznie niewielkie kwoty licząc, że raz kupimy na dołku, a raz na górce i w rezultacie zyski długoterminowe zrównoważą niewielkie straty? Jaką strategię przyjąć? Kiedy warto rozpocząć inwestowanie? Prognozy finansowe nie zawsze się sprawdzają, jak więc nie przegapić tego najlepszego momentu?
Tygodnik elektroniczny CashFlow&You, w najnowszym wydaniu rozwiewa wątpliwości czytelników, czy inwestować w fundusze, gdy rośnie inflacja? Kiedy warto i kiedy należy inwestować?
Pełna treść artykułu „Czy inwestować w fundusze, gdy rośnie inflacja?” dostępna jest w tygodniku elektronicznym CashFlow&You nr 31 (01/2008) z dnia 02-08.01.2008. Autor artykułu: Mirosław Okonkowski, wydawca: e-ProfitSystem http://newsletter.cashflowandyou.pl.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akcje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akcje. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 8 stycznia 2008
Co trzeba wiedzieć przed zainwestowaniem choćby złotówki w surowce?
Jeszcze do niedawna, gdy rosły ceny akcji, spadały ceny surowców i odwrotnie. Ale w ostatnich latach sytuacja się zmieniła. Duża ilość taniego pieniądza na rynku spowodowała, że nastąpiło skorelowanie tych rynków.
Czy inwestycje w surowce są w takim przypadku alternatywą dla akcji? Co to jest contango i backwardation? Tygodnik elektroniczny CashFlow&You, w najnowszym wydaniu wyjaśnia, co trzeba koniecznie wiedzieć, przed zainwestowaniem choćby jednej złotówki w surowce.
W genotyp gospodarki wolnorynkowej wpisana jest cykliczność. Po inflacji przychodzi deflacja, po niej znowu rozkręca się inflacja, po okresie prosperity przychodzi spowolnienie, które jednak się kończy i nadchodzą nowe, lepsze czasy. Po okresie wysokich stóp procentowych banki centralne je obniżają, żeby po jakimś czasie znowu zacząć podwyższać.
Surowce to nie akcje. Handluje się nimi w zupełnie różny sposób.
O ile akcje są z natury rzeczy "open end" (z nieoznaczonym terminem, do którego można nimi handlować), to surowce na giełdzie są notowane zawsze jako kontrakty. A wiadomo, że każdy kontrakt jest ograniczony czasowo. Inną cenę ma baryłka ropy np. brent w dostawie za 3 miesiące, a inną w dostawie za 1,5 roku (dwa różne kontrakty).
Ciekawostka: w przypadku ceny baryłki ropy media epatują swych odbiorców np. po wybuchu ropociągu, albo zamachu terrorystycznym ceną spotową (w dostawach natychmiastowych). Tymczasem w takich momentach cena baryłki drożeje najbardziej właśnie w dostawach natychmiastowych, natomiast te wydarzenia wcale nie muszą znaleźć przełożenia na cenę baryłki ropy w dostawach za 3, 6, 12 i 18 miesięcy.
Contango i backwardation - co to jest i skąd się bierze? To trzeba koniecznie wiedzieć przed rozpoczęciem inwestycji w surowce (nie mówię tu o akcjach spółek surowcowych). Jest to związane ze specyfiką rynku surowców. Contango i backwardation - przekleństwo i błogosławieństwo. Jak możemy rozpoznać, czy na kontraktach na dany surowiec występuje "contango" czy "backwardation"?
Pełna treść artykułu „Czy inwestycje w surowce są alternatywą dla rynków akcji?” dostępna jest w tygodniku elektronicznym CashFlow&You nr 31 (01/2008) z dnia 02-08.01.2008. Autor artykułu: Jacek Pietkiewicz, wydawca: e-ProfitSystem http://newsletter.cashflowandyou.pl.
Czy inwestycje w surowce są w takim przypadku alternatywą dla akcji? Co to jest contango i backwardation? Tygodnik elektroniczny CashFlow&You, w najnowszym wydaniu wyjaśnia, co trzeba koniecznie wiedzieć, przed zainwestowaniem choćby jednej złotówki w surowce.
W genotyp gospodarki wolnorynkowej wpisana jest cykliczność. Po inflacji przychodzi deflacja, po niej znowu rozkręca się inflacja, po okresie prosperity przychodzi spowolnienie, które jednak się kończy i nadchodzą nowe, lepsze czasy. Po okresie wysokich stóp procentowych banki centralne je obniżają, żeby po jakimś czasie znowu zacząć podwyższać.
Surowce to nie akcje. Handluje się nimi w zupełnie różny sposób.
O ile akcje są z natury rzeczy "open end" (z nieoznaczonym terminem, do którego można nimi handlować), to surowce na giełdzie są notowane zawsze jako kontrakty. A wiadomo, że każdy kontrakt jest ograniczony czasowo. Inną cenę ma baryłka ropy np. brent w dostawie za 3 miesiące, a inną w dostawie za 1,5 roku (dwa różne kontrakty).
Ciekawostka: w przypadku ceny baryłki ropy media epatują swych odbiorców np. po wybuchu ropociągu, albo zamachu terrorystycznym ceną spotową (w dostawach natychmiastowych). Tymczasem w takich momentach cena baryłki drożeje najbardziej właśnie w dostawach natychmiastowych, natomiast te wydarzenia wcale nie muszą znaleźć przełożenia na cenę baryłki ropy w dostawach za 3, 6, 12 i 18 miesięcy.
Contango i backwardation - co to jest i skąd się bierze? To trzeba koniecznie wiedzieć przed rozpoczęciem inwestycji w surowce (nie mówię tu o akcjach spółek surowcowych). Jest to związane ze specyfiką rynku surowców. Contango i backwardation - przekleństwo i błogosławieństwo. Jak możemy rozpoznać, czy na kontraktach na dany surowiec występuje "contango" czy "backwardation"?
Pełna treść artykułu „Czy inwestycje w surowce są alternatywą dla rynków akcji?” dostępna jest w tygodniku elektronicznym CashFlow&You nr 31 (01/2008) z dnia 02-08.01.2008. Autor artykułu: Jacek Pietkiewicz, wydawca: e-ProfitSystem http://newsletter.cashflowandyou.pl.
Etykiety:
akcje,
banki,
cash flow,
cashflow,
deflacja,
gospodarka wolnorynkowa,
inflacja,
inwestycje,
pieniądze,
rynek,
stopy procentowe,
surowce,
złotówki
Twardy orzech do zgryzienia
Kupować akcje......tylko której spółki? Inwestorów, którzy chcą wybrać kilka najbardziej wartościowych spółek w celu kupna ich udziałów, czeka nie lada wyzwanie. W roku 2007 na warszawskim parkiecie zadebiutowało aż 81 spółek, zwiększając tym samym liczbę wszystkich notowanych przedsiębiorstw do 351. Jak poradzić sobie w zaistniałej sytuacji z takim natłokiem nowych spółek?
Znalazłem ostatnio dość ciekawy system wyboru najbardziej wartościowych przedsiębiorstw giełdowych, który jest bardzo łatwy w użyciu. Składa się z 10 kroków. Przedsiębiorstwa, które pomyślnie przejdą poniższe 10 etapów, mogą być uznane za godne uwagi.
* Minimalny wzrost kwartalnych zysków powinien wynosić przynajmniej 18%-20% w porównaniu ze wzrostem kwartalnych zysków za ten sam okres w roku poprzednim.
* Dobra spółka powinna się odznaczać corocznym wzrostem zysków przynajmniej przez ostatnie 3 lata. Ten warunek nie zwalania jednak z konieczności przestudiowania długoterminowej historii finansowej przedsiębiorstwa.
* Zwrot na kapitale własnym powinien być nie mniejszy niż 17%.
* Zyski z ostatnich 12 miesięcy nie powinny być mniejsze w porównaniu z poprzednim rokiem.
* Kwartalna stopa zysku na jedną akcję powinna sukcesywnie wzrastać.
* Wzrost sprzedaży powinien być w analizowanym okresie większy niż 25%.
* Stopa wzrostu zysków za ostatni kwartał w porównaniu z kwartałem poprzedzającym powinna być wyższa niż w takim samym okresie w roku poprzednim.
* Spółka powinna posiadać 10 głównych akcjonariuszy...
* ...oraz 10 właścicieli instytucjonalnych.
* Indeks siły względnej (RS) z ostatnich 52 tygodni powinien być wyższy niż 80%.
Ostatni warunek jest wyłącznie pomocniczy. Najbardziej znaczącymi danymi finansowymi jest wielkość sprzedaży oraz zysk z niej pochodzący. Te dwie wielkości powinny wzrastać. Jeśli chodzi o 10 akcjonariuszy i właścicieli instytucjonalnych, również nie trzeba się bardzo sztywno trzymać tych dwóch warunków. Najważniejsze, żeby spółka asymilowała akcje (skupowała je), zamiast ogłaszała nowe emisje. Emisje nowych akcji sprzyjają rozdrobnieniu własności, dlatego nie są pozytywnym zjawiskiem.
Poddając każdą spółkę powyższym etapom analizy uzyskamy jedynie potencjalnych kandydatów do tytułu rzetelnego przedsiębiorstwa. Trzeba pamiętać, że spółki, które pomyślnie przetrwały 10 omówionych prób, należy poddać standardowej analizie finansowej przedsiębiorstwa.
Znalazłem ostatnio dość ciekawy system wyboru najbardziej wartościowych przedsiębiorstw giełdowych, który jest bardzo łatwy w użyciu. Składa się z 10 kroków. Przedsiębiorstwa, które pomyślnie przejdą poniższe 10 etapów, mogą być uznane za godne uwagi.
* Minimalny wzrost kwartalnych zysków powinien wynosić przynajmniej 18%-20% w porównaniu ze wzrostem kwartalnych zysków za ten sam okres w roku poprzednim.
* Dobra spółka powinna się odznaczać corocznym wzrostem zysków przynajmniej przez ostatnie 3 lata. Ten warunek nie zwalania jednak z konieczności przestudiowania długoterminowej historii finansowej przedsiębiorstwa.
* Zwrot na kapitale własnym powinien być nie mniejszy niż 17%.
* Zyski z ostatnich 12 miesięcy nie powinny być mniejsze w porównaniu z poprzednim rokiem.
* Kwartalna stopa zysku na jedną akcję powinna sukcesywnie wzrastać.
* Wzrost sprzedaży powinien być w analizowanym okresie większy niż 25%.
* Stopa wzrostu zysków za ostatni kwartał w porównaniu z kwartałem poprzedzającym powinna być wyższa niż w takim samym okresie w roku poprzednim.
* Spółka powinna posiadać 10 głównych akcjonariuszy...
* ...oraz 10 właścicieli instytucjonalnych.
* Indeks siły względnej (RS) z ostatnich 52 tygodni powinien być wyższy niż 80%.
Ostatni warunek jest wyłącznie pomocniczy. Najbardziej znaczącymi danymi finansowymi jest wielkość sprzedaży oraz zysk z niej pochodzący. Te dwie wielkości powinny wzrastać. Jeśli chodzi o 10 akcjonariuszy i właścicieli instytucjonalnych, również nie trzeba się bardzo sztywno trzymać tych dwóch warunków. Najważniejsze, żeby spółka asymilowała akcje (skupowała je), zamiast ogłaszała nowe emisje. Emisje nowych akcji sprzyjają rozdrobnieniu własności, dlatego nie są pozytywnym zjawiskiem.
Poddając każdą spółkę powyższym etapom analizy uzyskamy jedynie potencjalnych kandydatów do tytułu rzetelnego przedsiębiorstwa. Trzeba pamiętać, że spółki, które pomyślnie przetrwały 10 omówionych prób, należy poddać standardowej analizie finansowej przedsiębiorstwa.
Etykiety:
akcje,
gra giełdowa,
gra na giełdzie,
inwestowanie,
Spółka,
wybór spółki
Czy złoto i srebro zawsze będą miały wartość?
Wszyscy znamy, tak ostatnio modne wśród analityków rynków kapitałowych powiedzenia: „Inwestuj długoterminowo” (o akcjach i funduszach akcyjnych), „to zawsze będzie miało wartość” (o złocie i srebrze), „na tym nie sposób stracić” (o nieruchomościach).
Czy złoto i srebro rzeczywiście zawsze będą miały wartość? Tygodnik elektroniczny CashFlow&You, wydawany przez firmę e-ProfitSystem w najnowszym wydaniu analizuje sytuację na rynku metali szlachetnych. Czy złoto i srebro naprawdę stanowią solidne zabezpieczenia, kiedy na giełdę wkraczają niepewne czasy?
Co byśmy powiedzieli, gdyby nas ktoś zabrał na hałdę wraków i powiedział, że samochody te służą do jeżdżenia? Pewnie byśmy powiedzieli: „Na pewno. Ale to nie dotyczy tych, tutaj złomowanych.” A co słyszą ci, którzy ponoszą nawet duże straty na akcjach i funduszach akcji od „znawców tematu”? „Inwestuj długoterminowo” (i w domyśle powiększaj straty).
Bez porównania gorzej mają ci, którzy nie zdążyli sprzedać akcji takich firm jak Enron, czy też World.com. Oni też inwestowali długoterminowo. Jak się skończyło, dobrze wiemy. Dla wielu wraz z planem emerytalnym opartym na akcjach Enronu prysło marzenie o beztroskiej emeryturze. Oni już wiedzą, że inwestowanie długoterminowe nie zawsze jest opłacalne.
Świat został zalany ogromną ilością taniego pieniądza, który szuka wszelkich możliwości, żeby zostać zainwestowanym. Nowoczesna Teoria Portfelowa w obecnych realiach rynkowych się nie sprawdza. Na pewno daleki jestem od twierdzenia, że na złocie i srebrze nie będzie można w najbliższej przyszłości zarobić. Zresztą do nadrobienia złoto ma sporo. Uwzględniając inflację, uncja złota powinna teraz kosztować 2000 USD. Ale o tym się nie mówi. W modzie jest zachłystywanie się ceną nominalną. Od kilku już lat złoto i srebro są na tyle skorelowane z ruchem rynków akcji, że trudno mówić o sensownej dywersyfikacji.
Wszelkie powiedzenia typu „Inwestuj długoterminowo”, „jedyne solidne zabezpieczenia na niepewne czasy”, „to zawsze będzie miało wartość”, „na tym nie sposób stracić” itp. traktujmy niepoważnie. Zapewniam, że bez zachowania zdrowego rozsądku na wszystkim można stracić.
Inwestycje długoterminowe też się mogą opłacić, ale nie można tak postępować na zasadzie „bo tak mówili w telewizji”, albo „bo znajomy tak zrobił”. Bądźmy krytyczni i dociekliwi. Przecież chodzi o nasze pieniądze.
Pełna treść artykułu „Czy złoto i srebro zawsze będą miały wartość?” dostępna jest w tygodniku elektronicznym CashFlow&You nr 30 (18-31.12.2007): http://newsletter.cashflowandyou.pl.
Autor artykułu: Jacek Pietkiewicz
Wydawca: firma e-ProfitSystem.
Czy złoto i srebro rzeczywiście zawsze będą miały wartość? Tygodnik elektroniczny CashFlow&You, wydawany przez firmę e-ProfitSystem w najnowszym wydaniu analizuje sytuację na rynku metali szlachetnych. Czy złoto i srebro naprawdę stanowią solidne zabezpieczenia, kiedy na giełdę wkraczają niepewne czasy?
Co byśmy powiedzieli, gdyby nas ktoś zabrał na hałdę wraków i powiedział, że samochody te służą do jeżdżenia? Pewnie byśmy powiedzieli: „Na pewno. Ale to nie dotyczy tych, tutaj złomowanych.” A co słyszą ci, którzy ponoszą nawet duże straty na akcjach i funduszach akcji od „znawców tematu”? „Inwestuj długoterminowo” (i w domyśle powiększaj straty).
Bez porównania gorzej mają ci, którzy nie zdążyli sprzedać akcji takich firm jak Enron, czy też World.com. Oni też inwestowali długoterminowo. Jak się skończyło, dobrze wiemy. Dla wielu wraz z planem emerytalnym opartym na akcjach Enronu prysło marzenie o beztroskiej emeryturze. Oni już wiedzą, że inwestowanie długoterminowe nie zawsze jest opłacalne.
Świat został zalany ogromną ilością taniego pieniądza, który szuka wszelkich możliwości, żeby zostać zainwestowanym. Nowoczesna Teoria Portfelowa w obecnych realiach rynkowych się nie sprawdza. Na pewno daleki jestem od twierdzenia, że na złocie i srebrze nie będzie można w najbliższej przyszłości zarobić. Zresztą do nadrobienia złoto ma sporo. Uwzględniając inflację, uncja złota powinna teraz kosztować 2000 USD. Ale o tym się nie mówi. W modzie jest zachłystywanie się ceną nominalną. Od kilku już lat złoto i srebro są na tyle skorelowane z ruchem rynków akcji, że trudno mówić o sensownej dywersyfikacji.
Wszelkie powiedzenia typu „Inwestuj długoterminowo”, „jedyne solidne zabezpieczenia na niepewne czasy”, „to zawsze będzie miało wartość”, „na tym nie sposób stracić” itp. traktujmy niepoważnie. Zapewniam, że bez zachowania zdrowego rozsądku na wszystkim można stracić.
Inwestycje długoterminowe też się mogą opłacić, ale nie można tak postępować na zasadzie „bo tak mówili w telewizji”, albo „bo znajomy tak zrobił”. Bądźmy krytyczni i dociekliwi. Przecież chodzi o nasze pieniądze.
Pełna treść artykułu „Czy złoto i srebro zawsze będą miały wartość?” dostępna jest w tygodniku elektronicznym CashFlow&You nr 30 (18-31.12.2007): http://newsletter.cashflowandyou.pl.
Autor artykułu: Jacek Pietkiewicz
Wydawca: firma e-ProfitSystem.
Etykiety:
akcje,
cash flow,
cashflow,
fundusze,
giełda,
inwestowanie,
inwestycje długoterminowe,
srebro,
złoto
niedziela, 23 grudnia 2007
Czy na giełdzie działa grupa spekulantów?
Rynek kapitałowy to nie jakaś przypadkowa grupa spekulantów i zbieranina maklerów. Rynek kapitałowy to MY wszyscy. My oraz kilkanaście milionów nam podobnych osób uczestniczy, chcąc nie chcąc, w grze rynkowej.
Teoretycznie giełda jest dla tych wszystkich, którzy właśnie na niej chcą oszczędzać, inwestować i zarabiać. Na giełdzie jest miejsce dla wszystkich. „Dorywczo” inwestują emeryci, studenci, amatorzy, hobbyści. „Zawodowym” inwestowaniem zajmują się bardzo aktywni gracze z rynku terminowego, tak zwani „day-traderzy” oraz prawdziwe, bardzo często szerszemu ogółowi społeczeństwa zupełnie nieznane, "rekiny rynku”, obracające dziesiątkami, a nawet setkami milionów złotych.
Istnieje też ukryta, ale całkiem szeroka kategoria inwestorów przymusowych. To pewna grupa klientów „uszczęśliwiona” wbrew woli. Czy naprawdę można kogoś z nas przymusić do inwestowania?
Od zainteresowania inwestorów zależy powodzenie ofert, koniunktura i obroty na giełdzie. Po latach "tłustych", czyli po okresie hossy, przychodzą lata uspokojenia sytuacji, następnie stagnacji, a nawet bessy. Zdarzają się także gwałtowne, dramatyczne załamania cen i paniki, określane mianem krachu. W dłuższym okresie sytuacja na giełdzie jest odbiciem tego, co dzieje się w gospodarce. Co więcej, giełda zwykle dyskontuje przyszłość, czyli z wyprzedzeniem reaguje na to, co - według opinii "rynku" i inwestorów - dopiero wydarzy się w gospodarce.
Wydaje się to oczywiste, że decyzje o inwestowaniu na giełdzie podejmujemy sami. Różnice polegają jedynie na formie lokowania pieniędzy w określone instrumenty finansowe. Musimy jedynie określić, czy inwestujemy samodzielnie, zakładając rachunek w biurze maklerskim, czy powierzamy pieniądze funduszom inwestycyjnym, czyli pośrednikom.
Mało kto jednak zdaje sobie sprawę, że w ramach grupy inwestorów pośrednich istnieje ukryta, ale całkiem szeroka kategoria inwestorów przymusowych. Kogo mam na myśli? Jest to pewna grupa klientów „uszczęśliwiona” wbrew woli.
A jeśli należymy już do grupy „przymusowych inwestorów”, to nie znaczy, że musimy też należeć do grupy biernych inwestorów.
Czy możemy stać się niewolnikami inwestowania? Czy w dzisiejszych czasach naprawdę możemy zostać zmuszeni do inwestowania? Czy w kraju, gdzie obowiązuje demokracja, gospodarka wolnorynkowa i swoboda działalności gospodarczej możemy do inwestowania zostać przymuszeni wbrew woli?
Pełna treść artykułu „Kim są inwestorzy przymusowi?” dostępna jest w tygodniku elektronicznym CashFlow&You nr 29 (11-17.12.2007):
http://newsletter.cashflowandyou.pl.
Autor artykułu: Mirosław Okonkowski
Wydawca, firma e-ProfitSystem.
Teoretycznie giełda jest dla tych wszystkich, którzy właśnie na niej chcą oszczędzać, inwestować i zarabiać. Na giełdzie jest miejsce dla wszystkich. „Dorywczo” inwestują emeryci, studenci, amatorzy, hobbyści. „Zawodowym” inwestowaniem zajmują się bardzo aktywni gracze z rynku terminowego, tak zwani „day-traderzy” oraz prawdziwe, bardzo często szerszemu ogółowi społeczeństwa zupełnie nieznane, "rekiny rynku”, obracające dziesiątkami, a nawet setkami milionów złotych.
Istnieje też ukryta, ale całkiem szeroka kategoria inwestorów przymusowych. To pewna grupa klientów „uszczęśliwiona” wbrew woli. Czy naprawdę można kogoś z nas przymusić do inwestowania?
Od zainteresowania inwestorów zależy powodzenie ofert, koniunktura i obroty na giełdzie. Po latach "tłustych", czyli po okresie hossy, przychodzą lata uspokojenia sytuacji, następnie stagnacji, a nawet bessy. Zdarzają się także gwałtowne, dramatyczne załamania cen i paniki, określane mianem krachu. W dłuższym okresie sytuacja na giełdzie jest odbiciem tego, co dzieje się w gospodarce. Co więcej, giełda zwykle dyskontuje przyszłość, czyli z wyprzedzeniem reaguje na to, co - według opinii "rynku" i inwestorów - dopiero wydarzy się w gospodarce.
Wydaje się to oczywiste, że decyzje o inwestowaniu na giełdzie podejmujemy sami. Różnice polegają jedynie na formie lokowania pieniędzy w określone instrumenty finansowe. Musimy jedynie określić, czy inwestujemy samodzielnie, zakładając rachunek w biurze maklerskim, czy powierzamy pieniądze funduszom inwestycyjnym, czyli pośrednikom.
Mało kto jednak zdaje sobie sprawę, że w ramach grupy inwestorów pośrednich istnieje ukryta, ale całkiem szeroka kategoria inwestorów przymusowych. Kogo mam na myśli? Jest to pewna grupa klientów „uszczęśliwiona” wbrew woli.
A jeśli należymy już do grupy „przymusowych inwestorów”, to nie znaczy, że musimy też należeć do grupy biernych inwestorów.
Czy możemy stać się niewolnikami inwestowania? Czy w dzisiejszych czasach naprawdę możemy zostać zmuszeni do inwestowania? Czy w kraju, gdzie obowiązuje demokracja, gospodarka wolnorynkowa i swoboda działalności gospodarczej możemy do inwestowania zostać przymuszeni wbrew woli?
Pełna treść artykułu „Kim są inwestorzy przymusowi?” dostępna jest w tygodniku elektronicznym CashFlow&You nr 29 (11-17.12.2007):
http://newsletter.cashflowandyou.pl.
Autor artykułu: Mirosław Okonkowski
Wydawca, firma e-ProfitSystem.
Giełda Papierów Wartościowych planuje zwiększyć funkcjonalność.
Ostatnie tygodnie są dla inwestorów giełdowych prawdziwą próbą nerwów. Spadające indeksy odchudziły portfele o kilka do kilkunastu procent w przypadku małych spółek. Niejako w cieniu tych wydarzeń z GPW płyną informacje o planach rozwoju.
Najważniejsze z nich to nabycie pakietu akcji giełdy walutowej i instrumentów pochodnych w Rumunii. Wartość transakcji nie jest duża – 1mln zł. Ważniejszy niż sama kwota jest jednak fakt, iż nabycie pakietu stanowi pierwszą w 16 letniej historii GPW inwestycję kapitałową. Zdaniem władz GPW rynek rumuński ma szanse stać się jednym z ważniejszych w regionie.
GPW rośnie w siłę
Warszawska giełda wyrasta na europejskiego lidera pod względem ilości debiutów. Blisko 70 nowych nowym spółek, jakie pojawiły się na parkiecie w tym roku, dało GPW drugie miejsce tuż za giełdą w Londynie.
Rośnie również wartość samej giełdy jako spółki z udziałem Skarbu Państwa. Według przedstawionych przez Ministerstwo Skarbu wyliczeń GPW warta jest blisko 1,8 mld zł.
Co istotne, wartość ta wzrosła aż trzykrotnie od 2005 r. Rosnąca wycena napawa optymizmem przed ewentualną prywatyzacją GPW, o której mówi się od kilku lat.
Funkcjonalność przede wszystkim
Prezes GPW Ludwik Sobolewski wydaję się patrzeć na rynek oczyma drobnych inwestorów, gdyż to z myślą o nich ma powstać nowa platforma. Docelowo ma ona zmienić sposób obsługi IPO, czyli debiutów giełdowych. Każdy, kto kupował akcje spółki na rynku pierwotnym wie, że emisje obsługuje zwykle jedno, czasem dwa biura, które są tzw. oferującymi. Tylko w placówkach tych biur można złożyć zapis na akcje. Nowa platforma ma znieść te ograniczenia i sprawić, że emisje będą obsługiwane przez każde biuro maklerskie. W ten sposób zwiększy się dostęp do oferty dla drobnych inwestorów, którzy dziś są często pozbawieni możliwości zapisu na akcje z powodu braku biura w ich miejscu zamieszkania.
Co dobre dla klienta niekoniecznie dobre dla biur maklerskich?
Nowa platforma z pewnością zostanie ciepło przyjęta przez drobnych inwestorów.
Trudno jednak, aby spotkała się z zachwytem domów maklerskich. Wszystko za sprawą ograniczenia źródeł zysków jakim są IPO. Domy maklerskie pośrednicząc w emisji akcji podpisują umowę z przyszłą spółką giełdową. Dzięki platformie taka wyłączność zniknie.
Nie wiadomo póki co, jak zostanie rozwiązana kwestia zwiększenia dostępności do ofert w sytuacji znacznych redukcji z jakimi mamy do czynienia obecnie. Łatwo sobie wyobrazić co będzie w przypadku ofert o małej wartości (kilku, kilkunastu mln zł), które będą obsługiwane przez kilka biur maklerskich. Teraz przy ograniczonym dostępie do oferty redukcje często przekraczają 90%. Wyjściem wydaje się zwiększanie tzw. transzy dla inwestorów indywidualnych. To zależy jednak od samej spółki planującej emisję akcji.
Nowy serwis giełdowy ma pomóc w inwestowaniu w zagraniczne spółki.
Po uruchomieniu w tym roku dwóch serwisów internetowych dla inwestorów: www.gpwinfostrefa.pl oraz www.newconnect.pl GPW postanowiła zadbać o klientów, którzy swoje aktywa lokują w akcjach zagranicznych spółek. Ktoś może zadać pytanie, po co tworzyć odrębny serwis dla zaledwie 20 spółek? Tyle bowiem zagranicznych spółek jest notowanych na GPW. Choć to zaledwie 6% ogólnej liczby spółek obecnych na parkiecie, to jednak ich kapitalizacja wynosi kilkanaście procent wszystkich 340 spółek.
Nowy serwis ma ułatwić dostęp do informacji o zagranicznych spółkach i docelowo zwiększyć nimi zainteresowanie inwestorów. Obecnie inwestorzy mogą czuć się niekiedy niedoinformowani, zwłaszcza że 14 spośród 20 spółek jest notowanych równolegle na parkiecie w Warszawie i innych giełdach zagranicznych (Wiedeń, Paryż, Praga, Londyn). Czy nowy serwis przyniesie zamierzony efekt w postaci większego zainteresowania zagranicznymi spółkami? Trudno powiedzieć. Plus dla władz GPW za to, że podejmuje działania mające pomóc inwestorom. Z pewnością użyteczność platformy będzie rosła wraz z liczbą zagranicznych spółek. Chętnych do debiutu na warszawskim parkiecie nie brakuje. To, ile spółek pojawi się na GPW zależy jednak głównie od panującej koniunktury. Ta w ostatnich tygodniach wydaje się jednak znacznie pogarszać.
Najważniejsze z nich to nabycie pakietu akcji giełdy walutowej i instrumentów pochodnych w Rumunii. Wartość transakcji nie jest duża – 1mln zł. Ważniejszy niż sama kwota jest jednak fakt, iż nabycie pakietu stanowi pierwszą w 16 letniej historii GPW inwestycję kapitałową. Zdaniem władz GPW rynek rumuński ma szanse stać się jednym z ważniejszych w regionie.
GPW rośnie w siłę
Warszawska giełda wyrasta na europejskiego lidera pod względem ilości debiutów. Blisko 70 nowych nowym spółek, jakie pojawiły się na parkiecie w tym roku, dało GPW drugie miejsce tuż za giełdą w Londynie.
Rośnie również wartość samej giełdy jako spółki z udziałem Skarbu Państwa. Według przedstawionych przez Ministerstwo Skarbu wyliczeń GPW warta jest blisko 1,8 mld zł.
Co istotne, wartość ta wzrosła aż trzykrotnie od 2005 r. Rosnąca wycena napawa optymizmem przed ewentualną prywatyzacją GPW, o której mówi się od kilku lat.
Funkcjonalność przede wszystkim
Prezes GPW Ludwik Sobolewski wydaję się patrzeć na rynek oczyma drobnych inwestorów, gdyż to z myślą o nich ma powstać nowa platforma. Docelowo ma ona zmienić sposób obsługi IPO, czyli debiutów giełdowych. Każdy, kto kupował akcje spółki na rynku pierwotnym wie, że emisje obsługuje zwykle jedno, czasem dwa biura, które są tzw. oferującymi. Tylko w placówkach tych biur można złożyć zapis na akcje. Nowa platforma ma znieść te ograniczenia i sprawić, że emisje będą obsługiwane przez każde biuro maklerskie. W ten sposób zwiększy się dostęp do oferty dla drobnych inwestorów, którzy dziś są często pozbawieni możliwości zapisu na akcje z powodu braku biura w ich miejscu zamieszkania.
Co dobre dla klienta niekoniecznie dobre dla biur maklerskich?
Nowa platforma z pewnością zostanie ciepło przyjęta przez drobnych inwestorów.
Trudno jednak, aby spotkała się z zachwytem domów maklerskich. Wszystko za sprawą ograniczenia źródeł zysków jakim są IPO. Domy maklerskie pośrednicząc w emisji akcji podpisują umowę z przyszłą spółką giełdową. Dzięki platformie taka wyłączność zniknie.
Nie wiadomo póki co, jak zostanie rozwiązana kwestia zwiększenia dostępności do ofert w sytuacji znacznych redukcji z jakimi mamy do czynienia obecnie. Łatwo sobie wyobrazić co będzie w przypadku ofert o małej wartości (kilku, kilkunastu mln zł), które będą obsługiwane przez kilka biur maklerskich. Teraz przy ograniczonym dostępie do oferty redukcje często przekraczają 90%. Wyjściem wydaje się zwiększanie tzw. transzy dla inwestorów indywidualnych. To zależy jednak od samej spółki planującej emisję akcji.
Nowy serwis giełdowy ma pomóc w inwestowaniu w zagraniczne spółki.
Po uruchomieniu w tym roku dwóch serwisów internetowych dla inwestorów: www.gpwinfostrefa.pl oraz www.newconnect.pl GPW postanowiła zadbać o klientów, którzy swoje aktywa lokują w akcjach zagranicznych spółek. Ktoś może zadać pytanie, po co tworzyć odrębny serwis dla zaledwie 20 spółek? Tyle bowiem zagranicznych spółek jest notowanych na GPW. Choć to zaledwie 6% ogólnej liczby spółek obecnych na parkiecie, to jednak ich kapitalizacja wynosi kilkanaście procent wszystkich 340 spółek.
Nowy serwis ma ułatwić dostęp do informacji o zagranicznych spółkach i docelowo zwiększyć nimi zainteresowanie inwestorów. Obecnie inwestorzy mogą czuć się niekiedy niedoinformowani, zwłaszcza że 14 spośród 20 spółek jest notowanych równolegle na parkiecie w Warszawie i innych giełdach zagranicznych (Wiedeń, Paryż, Praga, Londyn). Czy nowy serwis przyniesie zamierzony efekt w postaci większego zainteresowania zagranicznymi spółkami? Trudno powiedzieć. Plus dla władz GPW za to, że podejmuje działania mające pomóc inwestorom. Z pewnością użyteczność platformy będzie rosła wraz z liczbą zagranicznych spółek. Chętnych do debiutu na warszawskim parkiecie nie brakuje. To, ile spółek pojawi się na GPW zależy jednak głównie od panującej koniunktury. Ta w ostatnich tygodniach wydaje się jednak znacznie pogarszać.
Etykiety:
akcje,
biura maklerskie,
giełda,
GPW,
inwestowanie
Czy złoto i srebro zawsze będą miały wartość?
Wszyscy znamy, tak ostatnio modne wśród analityków rynków kapitałowych powiedzenia: „Inwestuj długoterminowo” (o akcjach i funduszach akcyjnych), „to zawsze będzie miało wartość” (o złocie i srebrze), „na tym nie sposób stracić” (o nieruchomościach).
Czy złoto i srebro rzeczywiście zawsze będą miały wartość? Tygodnik elektroniczny CashFlow&You, wydawany przez firmę e-ProfitSystem w najnowszym wydaniu analizuje sytuację na rynku metali szlachetnych. Czy złoto i srebro naprawdę stanowią solidne zabezpieczenia, kiedy na giełdę wkraczają niepewne czasy?
Co byśmy powiedzieli, gdyby nas ktoś zabrał na hałdę wraków i powiedział, że samochody te służą do jeżdżenia? Pewnie byśmy powiedzieli: „Na pewno. Ale to nie dotyczy tych, tutaj złomowanych.” A co słyszą ci, którzy ponoszą nawet duże straty na akcjach i funduszach akcji od „znawców tematu”? „Inwestuj długoterminowo” (i w domyśle powiększaj straty).
Bez porównania gorzej mają ci, którzy nie zdążyli sprzedać akcji takich firm jak Enron, czy też World.com. Oni też inwestowali długoterminowo. Jak się skończyło, dobrze wiemy. Dla wielu wraz z planem emerytalnym opartym na akcjach Enronu prysło marzenie o beztroskiej emeryturze. Oni już wiedzą, że inwestowanie długoterminowe nie zawsze jest opłacalne.
Świat został zalany ogromną ilością taniego pieniądza, który szuka wszelkich możliwości, żeby zostać zainwestowanym. Nowoczesna Teoria Portfelowa w obecnych realiach rynkowych się nie sprawdza. Na pewno daleki jestem od twierdzenia, że na złocie i srebrze nie będzie można w najbliższej przyszłości zarobić. Zresztą do nadrobienia złoto ma sporo. Uwzględniając inflację, uncja złota powinna teraz kosztować 2000 USD. Ale o tym się nie mówi. W modzie jest zachłystywanie się ceną nominalną. Od kilku już lat złoto i srebro są na tyle skorelowane z ruchem rynków akcji, że trudno mówić o sensownej dywersyfikacji.
Wszelkie powiedzenia typu „Inwestuj długoterminowo”, „jedyne solidne zabezpieczenia na niepewne czasy”, „to zawsze będzie miało wartość”, „na tym nie sposób stracić” itp. traktujmy niepoważnie. Zapewniam, że bez zachowania zdrowego rozsądku na wszystkim można stracić.
Inwestycje długoterminowe też się mogą opłacić, ale nie można tak postępować na zasadzie „bo tak mówili w telewizji”, albo „bo znajomy tak zrobił”. Bądźmy krytyczni i dociekliwi. Przecież chodzi o nasze pieniądze.
Pełna treść artykułu „Czy złoto i srebro zawsze będą miały wartość?” dostępna jest w tygodniku elektronicznym CashFlow&You nr 30 (18-31.12.2007): http://newsletter.cashflowandyou.pl.
Autor artykułu: Jacek Pietkiewicz
Wydawca: firma e-ProfitSystem.
Czy złoto i srebro rzeczywiście zawsze będą miały wartość? Tygodnik elektroniczny CashFlow&You, wydawany przez firmę e-ProfitSystem w najnowszym wydaniu analizuje sytuację na rynku metali szlachetnych. Czy złoto i srebro naprawdę stanowią solidne zabezpieczenia, kiedy na giełdę wkraczają niepewne czasy?
Co byśmy powiedzieli, gdyby nas ktoś zabrał na hałdę wraków i powiedział, że samochody te służą do jeżdżenia? Pewnie byśmy powiedzieli: „Na pewno. Ale to nie dotyczy tych, tutaj złomowanych.” A co słyszą ci, którzy ponoszą nawet duże straty na akcjach i funduszach akcji od „znawców tematu”? „Inwestuj długoterminowo” (i w domyśle powiększaj straty).
Bez porównania gorzej mają ci, którzy nie zdążyli sprzedać akcji takich firm jak Enron, czy też World.com. Oni też inwestowali długoterminowo. Jak się skończyło, dobrze wiemy. Dla wielu wraz z planem emerytalnym opartym na akcjach Enronu prysło marzenie o beztroskiej emeryturze. Oni już wiedzą, że inwestowanie długoterminowe nie zawsze jest opłacalne.
Świat został zalany ogromną ilością taniego pieniądza, który szuka wszelkich możliwości, żeby zostać zainwestowanym. Nowoczesna Teoria Portfelowa w obecnych realiach rynkowych się nie sprawdza. Na pewno daleki jestem od twierdzenia, że na złocie i srebrze nie będzie można w najbliższej przyszłości zarobić. Zresztą do nadrobienia złoto ma sporo. Uwzględniając inflację, uncja złota powinna teraz kosztować 2000 USD. Ale o tym się nie mówi. W modzie jest zachłystywanie się ceną nominalną. Od kilku już lat złoto i srebro są na tyle skorelowane z ruchem rynków akcji, że trudno mówić o sensownej dywersyfikacji.
Wszelkie powiedzenia typu „Inwestuj długoterminowo”, „jedyne solidne zabezpieczenia na niepewne czasy”, „to zawsze będzie miało wartość”, „na tym nie sposób stracić” itp. traktujmy niepoważnie. Zapewniam, że bez zachowania zdrowego rozsądku na wszystkim można stracić.
Inwestycje długoterminowe też się mogą opłacić, ale nie można tak postępować na zasadzie „bo tak mówili w telewizji”, albo „bo znajomy tak zrobił”. Bądźmy krytyczni i dociekliwi. Przecież chodzi o nasze pieniądze.
Pełna treść artykułu „Czy złoto i srebro zawsze będą miały wartość?” dostępna jest w tygodniku elektronicznym CashFlow&You nr 30 (18-31.12.2007): http://newsletter.cashflowandyou.pl.
Autor artykułu: Jacek Pietkiewicz
Wydawca: firma e-ProfitSystem.
Etykiety:
akcje,
cash flow,
cashflow,
fundusze,
giełda,
inwestowanie,
inwestycje długoterminowe,
srebro,
złoto
poniedziałek, 19 listopada 2007
W co warto inwestować w 2007 roku?
Rok 2006 dobiegł końca. Przed nami kolejny, pełen nowych możliwości. W
co warto zainwestować w 2007 r.? Odpowiedź na to pytanie nie jest
prosta. Rynek produktów finansowych stale się rozwija. Akcje, fundusze,
nieruchomości, a może produkty strukturyzowane? Oto krótki przewodnik
po niektórych formach inwestowania, który mam nadzieję pomoże w
podjęciu słusznych decyzji.
Lokaty terminowe
Coraz głośniej mówi się podwyżkach stóp procentowych jakich dokona RPP na wiosnę.
Wraz z nimi wzrośnie oprocentowanie lokat złotowych. Trudno jednak
spodziewać się jakichś spektakularnych wzrostów, większych niż 0,50% -
0,75%. Banki, zabiegając o klientów, kuszą coraz wyższym
oprocentowaniem. I tak na rynku można spotkać lokatę na 5,25% w Getin
Banku lub konto oszczędnościowe Polbanku oprocentowane na 4,5% rocznie.
Należy jednak uważać, aby nie dać się skusić samą reklamą, gdyż często
ważniejsza od samego oprocentowania jest konstrukcja lokaty. Może się
bowiem okazać, że 7% z reklamy jest, ale tylko przez pierwszy kwartał,
a później jest standardowe 4%. To nie fair wobec klienta, ale takie
sytuacje mają często miejsce. Dlatego nim podejmiemy decyzję, czytajmy
regulamin i to co jest małym druczkiem.
Obligacje
Podobnie jak lokaty, obligacje zyskują na podwyżkach stóp procentowych.
Potrzeby pożyczkowe Skarbu Państwa są olbrzymie. Zarówno zagraniczni
jak i krajowi inwestorzy będą chętnie kupować papiery skarbowe nowych
emisji. To nad czym można się zastanawiać w przypadku obligacji, to czy
kupować je bezpośrednio na GPW, czy poprzez fundusze inwestycyjne
obligacji. Choć obligacje mogą nam przynieść zyski porównywalne do
lokat, dużym plusem jest możliwość ich sprzedania w dowolnym momencie
bez utraty naliczonych zysków.
Fundusze inwestycyjne
Obserwując mijający rok na rynku funduszy pozostaje życzyć sobie, aby
taka koniunktura utrzymała się jak najdłużej. Aktywa sięgają już 95 mld
zł, a klienci szturmują punkty sprzedaży jednostek. Doszło do tego, że
nowo otwarte fundusze muszą szybko zamykać sprzedaż, gdyż popyt na
jednostki jest wielokrotnie większy niż założył sobie fundusz. W
ofercie TFI w 2006 r. pojawiło się kilkanaście nowych funduszy, w tym
fundusze funduszy i fundusze parasolowe. Wydaje się, że to one mogą
liczyć na dużą popularność zwłaszcza wśród początkujących inwestorów
mających problem z wyborem funduszu.
Akcje
Dobra koniunktura na GPW utrzymuje się od 2003 roku, nie licząc kilku
mniejszych korekt. Dobre dane makroekonomiczne pozwalają patrzeć z
optymizmem na rynek akcji. Oczywiście nie wszystkie spółki mogą liczyć
na zainteresowanie inwestorów. Dominować będą te, które najbardziej
korzystają na koniunkturze np. spółki budowlane i banki. Wiele wskazuje
na to, że po doskonałych pod względem ilości debiutów latach 2005-2006,
rok 2007 nie będzie gorszy. Pomimo ogromnych redukcji zapisów
sięgających 95% inwestorzy osiągają satysfakcjonujące zyski, co sprzyja
kolejnym zakupom. Na 2007 rok swój debiut zapowiada kilka znanych firm,
jak choćby Gadu-Gadu, najpopularniejszy polski komunikator czy
Kolastyna, producent kosmetyków. Wprowadzenie na parkiet dwóch spółek
zapowiada Ryszard Krauze, szef Prokomu. Podobnie Leszek Czarnecki,
twórca Getin Holding, zamierza wprowadzić na parkiet spółkę LC Corp
działającą w branży budowlanej. Inwestorzy nie powinni więc narzekać na
brak interesujących spółek. GPW spodziewa się również kilku debiutów
spółek zagranicznych oraz prywatyzowanych przez Ministerstwo Skarbu
Państwa.
Mając na uwadze zapowiedzi i plany firm na rok 2007 GPW może wzbogacić się nawet o 60 spółek.
Nieruchomości
Ceny lokali galopują od miesięcy przynosząc ich właścicielom rekordowe
zyski. Najwyższe wzrosty za metr mieszkania zanotowano we Wrocławiu i
Krakowie (odpowiednio 74 i 70%). Choć trudno się spodziewać dalszego
tak dynamicznego wzrostu cen, to inwestycja w nieruchomość powinna
nadal być atrakcyjna. Sprzyja temu brak lokali do kupna oraz coraz
atrakcyjniejsza oferta kredytów mieszkaniowych. Banki wydłużają okres
kredytowania nawet do 35-40 lat i umożliwiają zaciągnięcie kredytu na
kwotę 110-120% wartości nieruchomości. Wszystko po to, aby skusić
klienta i dać mu dodatkowe środki na remont lub wyposażenie zakupionego
lokum.
Pewnym niepokojącym sygnałem dla rynku jest malejąca zdolność
kredytowa. Galopujące ceny mieszkań nie idą w parze z zarobkami co
powoduje, że za te same pieniądze można kupić coraz mniej metrów. Na
niewiele zdają się oferty banków, które wydłużają okres spłaty. Na
zmniejszenie zdolności wpływają również zalecenia stawiane bankom, aby
ograniczać ilość kredytów walutowych. Obowiązująca od lipca 2006 r.
„rekomendacja S” spowodowała, że coraz więcej klientów zaciąga kredyty
w złotych, które jak wiadomo są droższe od walutowych. Niewykluczone,
że Polska pójdzie śladem UE i Szwajcarii, które od kilku miesięcy
podnoszą stopy procentowe, co jeszcze bardziej zwiększy koszty kredytu.
Wydaje się, że deweloperzy, którzy maksymalnie windują ceny mieszkań
widząc ogromny popyt na lokale, będą musieli ograniczyć swoje apetyty.
Obecnie dochodzi do sytuacji, w której lokale są sprzedawane w formie
aukcji czyli na zasadzie kto da więcej, co powoduje sztuczne zawyżanie
ich cen. Kiedy jednak klientom spadnie zdolność kredytowa, ceny będą
musiały się ustabilizować.
W przeciwnym wypadku nie będzie komu kupować oddawanych do użytku
lokali, gdyż trudno liczyć, aby wszystkie kupowali inwestorzy
zagraniczni.
Waluty
Zarówno trzymanie oszczędności w walutach jak i lokowanie ich na lokatach mija się z celem.
Umacniający się złoty niweluje wszelkie zyski, a nawet powoduje realne straty.
Wystarczy przyjrzeć się kursom USD i EURO:
16.12.2005 średni kurs EURO wynosił 3.8731 zł, a rok później 15.12.2006 - 3.7900 zł co realnie oznacza spadek o 2%.
Jeśli do tego weźmiemy pod uwagę różnice wynikające z kursu kupna i sprzedaży waluty, strata sięga blisko 5%.
Jeszcze gorzej wygląda sytuacja w przypadku USD,
16.12.2005 średni kurs USD wynosił 3.2257 a 15.12.2006 - 2.8925 zł, co oznacza spadek kursu o 10%.
Nic nie wskazuje na to, aby rok 2007 miał być łaskawy dla walut. Wysoki
wzrost gospodarczy jaki mamy szansę utrzymać będzie nadal umacniał
złotego. Inwestycje zagraniczne oraz fundusze unijne, które trafiają do
Polski przyczyniają się do wzrostu kursu PLN. Tak samo inwestorzy
giełdowi kupując akcje wymieniają waluty na złote. Coraz bardziej
prawdopodobna podwyżka stóp procentowych przez NBP zwiększy
atrakcyjność polskich lokat i obligacji.
Podsumowując jedynym sensownym rozwiązaniem przemawiającym za
trzymaniem oszczędności w walutach może być posiadanie kredytu
walutowego. Wówczas zabezpieczamy się częściowo przed ryzykiem
walutowym. Jeśli wzrasta kurs waluty, musimy płacić wyższe raty, ale
jednocześnie rośnie wartość naszych oszczędności.
Złoto i srebro
Pierwsze miesiące 2006 r. należały do złota, które w maju osiągnęło
rekordową cenę 725 USD za uncję. Ostatecznie jednak złoto nie pozwoliło
zbyt wiele zarobić. Licząc w dolarach inwestycje w złoto przyniosły
21,66% (według Reuters z 28.12). Przeliczając dolary na złote zysk
wyniósł zaledwie 9%. O wiele bardziej opłacalną inwestycją było za to
srebro, które w analogicznym okresie dało zarobić prawie 30% już po
przeliczeniu dolarów na złotówki.
Na cenę złota w 2007 roku największy wpływ będą miały dane o stanie
amerykańskiej gospodarki. Jeśli nastąpi jej spowolnienie, a co za tym
idzie spadnie wartość dolara, inwestorzy będą szukać innych form
lokowania kapitału wybierając m.in. złoto. Na cenę złota wpływ może
mieć również cena ropy. Jeśli po obserwowanych w ostatnim kwartale 2006
r. spadkach cena ropy zacznie rosnąć, wzrośnie ryzyko inflacji. Ta jak
wiadomo sprawia, że inwestorzy szukają bezpiecznych form lokowania
oszczędności. Od lat taką rolę pełni złoto.
Monety kolekcjonerskie emitowane przez NBP
Monety mogą po raz kolejny okazać się bardzo atrakcyjną formą lokowania oszczędności.
Wystarczy rzut oka na ceny jakie można uzyskać za monety nabyte w poprzednich latach.
Firma Express M. specjalizująca się w pośrednictwie sprzedaży monet
emitowanych przez NBP zamieszcza na swojej stronie informacje na temat
zysków jakie dał zakup monet w ramach oferowanego przez firmę
abonamentu. I tak komplet monet nabytych w 2005 roku jest obecnie wart
90% więcej. To wynik identyczny z najlepszymi funduszami
inwestycyjnymi. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę, że monety nie mają
wiele wspólnego z rynkiem akcji, na którym działają TFI, zyski te
przemawiają do wyobraźni. Inwestując w monety zarabiamy zarówno na
wartości złota i srebra, z których są one wykonane jak również na
wartości kolekcjonerskiej. Jak pokazują dane historyczne limitowe serie
monet, wydawane z okazji np. śmierci Jana Pawła II czy Mistrzostw
Świata w Piłce Nożnej 2006, cieszą się ogromnym powodzeniem, co sprzyja
wzrostowi ich cen.
Pełny ranking monet znajduje się tutaj: www.e-numizmatyka.pl/abonament
2006 rok to wprowadzenie na rynek produktów strukturyzowanych.
Produkty te uważane są za bardzo złożone ze względu na swoją
konstrukcje. Produktem strukturyzowanym może być np. obligacja na kurs
akcji, waluty, cenę ropy. Inwestor otrzymuje gwarancję na osiągnięcie
minimalnego zysku a jednocześnie uzyskuje prawo do partycypacji w
zyskach wynikających np. ze wzrostu cen ropy naftowej. W ostatnich
miesiącach obligacje strukturyzowane zaoferował Deutsche Bank. Pierwszą
z nich była „db Magiczna Trójka”, która pojawiła się w obrocie na GPW
we wrześniu, a drugą „db Obligacja WIG20”. Dzięki ofercie Deutsche
Banku krajowi inwestorzy uzyskali dostęp do nowych produktów,
zarezerwowanych do niedawna dla klientów segmentu Private Banking.
Choć krótki okres obecności na rynku nie pozwala na podanie stopy
zysków, to patrząc na doświadczenia krajów zachodnich, można spodziewać
się sporego zainteresowania tymi produktami w przyszłości.
co warto zainwestować w 2007 r.? Odpowiedź na to pytanie nie jest
prosta. Rynek produktów finansowych stale się rozwija. Akcje, fundusze,
nieruchomości, a może produkty strukturyzowane? Oto krótki przewodnik
po niektórych formach inwestowania, który mam nadzieję pomoże w
podjęciu słusznych decyzji.
Lokaty terminowe
Coraz głośniej mówi się podwyżkach stóp procentowych jakich dokona RPP na wiosnę.
Wraz z nimi wzrośnie oprocentowanie lokat złotowych. Trudno jednak
spodziewać się jakichś spektakularnych wzrostów, większych niż 0,50% -
0,75%. Banki, zabiegając o klientów, kuszą coraz wyższym
oprocentowaniem. I tak na rynku można spotkać lokatę na 5,25% w Getin
Banku lub konto oszczędnościowe Polbanku oprocentowane na 4,5% rocznie.
Należy jednak uważać, aby nie dać się skusić samą reklamą, gdyż często
ważniejsza od samego oprocentowania jest konstrukcja lokaty. Może się
bowiem okazać, że 7% z reklamy jest, ale tylko przez pierwszy kwartał,
a później jest standardowe 4%. To nie fair wobec klienta, ale takie
sytuacje mają często miejsce. Dlatego nim podejmiemy decyzję, czytajmy
regulamin i to co jest małym druczkiem.
Obligacje
Podobnie jak lokaty, obligacje zyskują na podwyżkach stóp procentowych.
Potrzeby pożyczkowe Skarbu Państwa są olbrzymie. Zarówno zagraniczni
jak i krajowi inwestorzy będą chętnie kupować papiery skarbowe nowych
emisji. To nad czym można się zastanawiać w przypadku obligacji, to czy
kupować je bezpośrednio na GPW, czy poprzez fundusze inwestycyjne
obligacji. Choć obligacje mogą nam przynieść zyski porównywalne do
lokat, dużym plusem jest możliwość ich sprzedania w dowolnym momencie
bez utraty naliczonych zysków.
Fundusze inwestycyjne
Obserwując mijający rok na rynku funduszy pozostaje życzyć sobie, aby
taka koniunktura utrzymała się jak najdłużej. Aktywa sięgają już 95 mld
zł, a klienci szturmują punkty sprzedaży jednostek. Doszło do tego, że
nowo otwarte fundusze muszą szybko zamykać sprzedaż, gdyż popyt na
jednostki jest wielokrotnie większy niż założył sobie fundusz. W
ofercie TFI w 2006 r. pojawiło się kilkanaście nowych funduszy, w tym
fundusze funduszy i fundusze parasolowe. Wydaje się, że to one mogą
liczyć na dużą popularność zwłaszcza wśród początkujących inwestorów
mających problem z wyborem funduszu.
Akcje
Dobra koniunktura na GPW utrzymuje się od 2003 roku, nie licząc kilku
mniejszych korekt. Dobre dane makroekonomiczne pozwalają patrzeć z
optymizmem na rynek akcji. Oczywiście nie wszystkie spółki mogą liczyć
na zainteresowanie inwestorów. Dominować będą te, które najbardziej
korzystają na koniunkturze np. spółki budowlane i banki. Wiele wskazuje
na to, że po doskonałych pod względem ilości debiutów latach 2005-2006,
rok 2007 nie będzie gorszy. Pomimo ogromnych redukcji zapisów
sięgających 95% inwestorzy osiągają satysfakcjonujące zyski, co sprzyja
kolejnym zakupom. Na 2007 rok swój debiut zapowiada kilka znanych firm,
jak choćby Gadu-Gadu, najpopularniejszy polski komunikator czy
Kolastyna, producent kosmetyków. Wprowadzenie na parkiet dwóch spółek
zapowiada Ryszard Krauze, szef Prokomu. Podobnie Leszek Czarnecki,
twórca Getin Holding, zamierza wprowadzić na parkiet spółkę LC Corp
działającą w branży budowlanej. Inwestorzy nie powinni więc narzekać na
brak interesujących spółek. GPW spodziewa się również kilku debiutów
spółek zagranicznych oraz prywatyzowanych przez Ministerstwo Skarbu
Państwa.
Mając na uwadze zapowiedzi i plany firm na rok 2007 GPW może wzbogacić się nawet o 60 spółek.
Nieruchomości
Ceny lokali galopują od miesięcy przynosząc ich właścicielom rekordowe
zyski. Najwyższe wzrosty za metr mieszkania zanotowano we Wrocławiu i
Krakowie (odpowiednio 74 i 70%). Choć trudno się spodziewać dalszego
tak dynamicznego wzrostu cen, to inwestycja w nieruchomość powinna
nadal być atrakcyjna. Sprzyja temu brak lokali do kupna oraz coraz
atrakcyjniejsza oferta kredytów mieszkaniowych. Banki wydłużają okres
kredytowania nawet do 35-40 lat i umożliwiają zaciągnięcie kredytu na
kwotę 110-120% wartości nieruchomości. Wszystko po to, aby skusić
klienta i dać mu dodatkowe środki na remont lub wyposażenie zakupionego
lokum.
Pewnym niepokojącym sygnałem dla rynku jest malejąca zdolność
kredytowa. Galopujące ceny mieszkań nie idą w parze z zarobkami co
powoduje, że za te same pieniądze można kupić coraz mniej metrów. Na
niewiele zdają się oferty banków, które wydłużają okres spłaty. Na
zmniejszenie zdolności wpływają również zalecenia stawiane bankom, aby
ograniczać ilość kredytów walutowych. Obowiązująca od lipca 2006 r.
„rekomendacja S” spowodowała, że coraz więcej klientów zaciąga kredyty
w złotych, które jak wiadomo są droższe od walutowych. Niewykluczone,
że Polska pójdzie śladem UE i Szwajcarii, które od kilku miesięcy
podnoszą stopy procentowe, co jeszcze bardziej zwiększy koszty kredytu.
Wydaje się, że deweloperzy, którzy maksymalnie windują ceny mieszkań
widząc ogromny popyt na lokale, będą musieli ograniczyć swoje apetyty.
Obecnie dochodzi do sytuacji, w której lokale są sprzedawane w formie
aukcji czyli na zasadzie kto da więcej, co powoduje sztuczne zawyżanie
ich cen. Kiedy jednak klientom spadnie zdolność kredytowa, ceny będą
musiały się ustabilizować.
W przeciwnym wypadku nie będzie komu kupować oddawanych do użytku
lokali, gdyż trudno liczyć, aby wszystkie kupowali inwestorzy
zagraniczni.
Waluty
Zarówno trzymanie oszczędności w walutach jak i lokowanie ich na lokatach mija się z celem.
Umacniający się złoty niweluje wszelkie zyski, a nawet powoduje realne straty.
Wystarczy przyjrzeć się kursom USD i EURO:
16.12.2005 średni kurs EURO wynosił 3.8731 zł, a rok później 15.12.2006 - 3.7900 zł co realnie oznacza spadek o 2%.
Jeśli do tego weźmiemy pod uwagę różnice wynikające z kursu kupna i sprzedaży waluty, strata sięga blisko 5%.
Jeszcze gorzej wygląda sytuacja w przypadku USD,
16.12.2005 średni kurs USD wynosił 3.2257 a 15.12.2006 - 2.8925 zł, co oznacza spadek kursu o 10%.
Nic nie wskazuje na to, aby rok 2007 miał być łaskawy dla walut. Wysoki
wzrost gospodarczy jaki mamy szansę utrzymać będzie nadal umacniał
złotego. Inwestycje zagraniczne oraz fundusze unijne, które trafiają do
Polski przyczyniają się do wzrostu kursu PLN. Tak samo inwestorzy
giełdowi kupując akcje wymieniają waluty na złote. Coraz bardziej
prawdopodobna podwyżka stóp procentowych przez NBP zwiększy
atrakcyjność polskich lokat i obligacji.
Podsumowując jedynym sensownym rozwiązaniem przemawiającym za
trzymaniem oszczędności w walutach może być posiadanie kredytu
walutowego. Wówczas zabezpieczamy się częściowo przed ryzykiem
walutowym. Jeśli wzrasta kurs waluty, musimy płacić wyższe raty, ale
jednocześnie rośnie wartość naszych oszczędności.
Złoto i srebro
Pierwsze miesiące 2006 r. należały do złota, które w maju osiągnęło
rekordową cenę 725 USD za uncję. Ostatecznie jednak złoto nie pozwoliło
zbyt wiele zarobić. Licząc w dolarach inwestycje w złoto przyniosły
21,66% (według Reuters z 28.12). Przeliczając dolary na złote zysk
wyniósł zaledwie 9%. O wiele bardziej opłacalną inwestycją było za to
srebro, które w analogicznym okresie dało zarobić prawie 30% już po
przeliczeniu dolarów na złotówki.
Na cenę złota w 2007 roku największy wpływ będą miały dane o stanie
amerykańskiej gospodarki. Jeśli nastąpi jej spowolnienie, a co za tym
idzie spadnie wartość dolara, inwestorzy będą szukać innych form
lokowania kapitału wybierając m.in. złoto. Na cenę złota wpływ może
mieć również cena ropy. Jeśli po obserwowanych w ostatnim kwartale 2006
r. spadkach cena ropy zacznie rosnąć, wzrośnie ryzyko inflacji. Ta jak
wiadomo sprawia, że inwestorzy szukają bezpiecznych form lokowania
oszczędności. Od lat taką rolę pełni złoto.
Monety kolekcjonerskie emitowane przez NBP
Monety mogą po raz kolejny okazać się bardzo atrakcyjną formą lokowania oszczędności.
Wystarczy rzut oka na ceny jakie można uzyskać za monety nabyte w poprzednich latach.
Firma Express M. specjalizująca się w pośrednictwie sprzedaży monet
emitowanych przez NBP zamieszcza na swojej stronie informacje na temat
zysków jakie dał zakup monet w ramach oferowanego przez firmę
abonamentu. I tak komplet monet nabytych w 2005 roku jest obecnie wart
90% więcej. To wynik identyczny z najlepszymi funduszami
inwestycyjnymi. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę, że monety nie mają
wiele wspólnego z rynkiem akcji, na którym działają TFI, zyski te
przemawiają do wyobraźni. Inwestując w monety zarabiamy zarówno na
wartości złota i srebra, z których są one wykonane jak również na
wartości kolekcjonerskiej. Jak pokazują dane historyczne limitowe serie
monet, wydawane z okazji np. śmierci Jana Pawła II czy Mistrzostw
Świata w Piłce Nożnej 2006, cieszą się ogromnym powodzeniem, co sprzyja
wzrostowi ich cen.
Pełny ranking monet znajduje się tutaj: www.e-numizmatyka.pl/abonament
2006 rok to wprowadzenie na rynek produktów strukturyzowanych.
Produkty te uważane są za bardzo złożone ze względu na swoją
konstrukcje. Produktem strukturyzowanym może być np. obligacja na kurs
akcji, waluty, cenę ropy. Inwestor otrzymuje gwarancję na osiągnięcie
minimalnego zysku a jednocześnie uzyskuje prawo do partycypacji w
zyskach wynikających np. ze wzrostu cen ropy naftowej. W ostatnich
miesiącach obligacje strukturyzowane zaoferował Deutsche Bank. Pierwszą
z nich była „db Magiczna Trójka”, która pojawiła się w obrocie na GPW
we wrześniu, a drugą „db Obligacja WIG20”. Dzięki ofercie Deutsche
Banku krajowi inwestorzy uzyskali dostęp do nowych produktów,
zarezerwowanych do niedawna dla klientów segmentu Private Banking.
Choć krótki okres obecności na rynku nie pozwala na podanie stopy
zysków, to patrząc na doświadczenia krajów zachodnich, można spodziewać
się sporego zainteresowania tymi produktami w przyszłości.
Etykiety:
akcje,
inwestowanie,
monety,
nieruchomości,
obligacje,
TFI,
waluty
środa, 31 października 2007
SII po raz kolejny staje po stronie drobnych akcjonariuszy.
Każdy kto interesuje się choć trochę Giełdą Papierów Wartościowych nie raz zapewne słyszał, że interesy drobnych akcjonariuszy nie są dostatecznie chronione. Preferencje mają duże instytucje finansowe, które niejako stoją ponad klientami indywidualnymi. Chodzi tu m.in. o dostęp do istotnych informacji płynących ze spółek.
Z tak niekorzystnym obrazem sytuacji próbuje walczyć Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych (SII). Jak sama nazwa wskazuje celem jego istnienia jest pomoc drobnym akcjonariuszom w sporach ze spółkami giełdowymi. W sytuacji, gdy istnieje podejrzenie, że jakaś transakcja może być krzywdząca dla inwestorów indywidualnych, SII stara się pomóc.
Nie inaczej było w ostatnich dniach, kiedy to mieliśmy do czynienia ze znacznymi wahaniami kursu spółki Interferie. Interferie to niedawny debiutant giełdowy, który działa w branży turystycznej.
O co w skrócie chodzi?
Kurs spółki Interferie ulegał znacznym wahaniom w okresie kilku dni i to za sprawą dość niejasnych powodów. Zazwyczaj gwałtowne wzrosty lub spadki powodowane są istotnymi czynnikami np. zwiększeniem zysków przez firmę, zawarciem dużego kontraktu itp.
Co jednak istotne, wzrosty i spadki pojawiają się zazwyczaj w różnym czasie.
W przypadku Interferie huśtawka cen miała miejsce w przeciągu zaledwie kilku dni, co wzbudziło podejrzenia niektórych inwestorów.
SII oczekuje od Komisji Nadzoru Finansowego wyjaśnienia sprawy zakupu i sprzedaży akcji Interferie przez jej wiceprezesa. Zachodzi bowiem podejrzenie, że mogło dojść do wykorzystania poufnych informacji do odniesienia korzyści majątkowych. Czy nie jest podejrzane to, że wiceprezes spółki zakupił znaczny pakiet akcji kilkanaście dni przed tym, jak spółka podała istotne informacje o przeprowadzanych transakcjach. Informacje te obudziły nadzieję na podniesienie prognozy finansowej i miały również znaczny wpływ na kurs akcji, który wzrósł z niespełna 6 zł* na początku listopada, do prawie 14 zł (13,48 zł) na koniec listopada. Wiceprezes Andrzej Bukowczyk sprzedał swój pakiet akcji, a w kilka dni później spółka opublikowała raport o, uwaga!... obniżce prognozy zysków.
Skąd taka zmiana o 180 stopni w przeciągu miesiąca?
O ile sam zakup akcji przez wiceprezesa można by jakoś wytłumaczyć, o tyle publikowanie dwóch sprzecznych raportów i sprzedaż w międzyczasie posiadanych akcji może sugerować, że nie było to dzieło przypadku.
Działania podjęte przez SII mają na celu dokładne zbadanie, czy doszło w tym przypadku do nadużycia, a jeśli tak, to spółka zostanie ukarana grzywną. Chciałbym tylko wspomnieć, że amerykańska instytucja SEC (Securities and Exchange Commission) tropi od lat tego typu przypadki, a kary są bardzo surowe, nie wyłączając kar pozbawienia wolności. Bycie „lepiej poinformowanym” od innych uczestników rynku może zatem okazać się bardzo kosztowne i niebezpieczne.
Mam nadzieję, że podobne standardy postępowania wobec nadużyć staną się w Polsce normą i odstraszą skutecznie wszystkie osoby spragnione szybkiego, łatwego lecz nieuczciwego zarobku.
Przydatne adresy:
www.sec.gov
www.knf.gov.pl
www.sii.org.pl
* dane GPW.
Z tak niekorzystnym obrazem sytuacji próbuje walczyć Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych (SII). Jak sama nazwa wskazuje celem jego istnienia jest pomoc drobnym akcjonariuszom w sporach ze spółkami giełdowymi. W sytuacji, gdy istnieje podejrzenie, że jakaś transakcja może być krzywdząca dla inwestorów indywidualnych, SII stara się pomóc.
Nie inaczej było w ostatnich dniach, kiedy to mieliśmy do czynienia ze znacznymi wahaniami kursu spółki Interferie. Interferie to niedawny debiutant giełdowy, który działa w branży turystycznej.
O co w skrócie chodzi?
Kurs spółki Interferie ulegał znacznym wahaniom w okresie kilku dni i to za sprawą dość niejasnych powodów. Zazwyczaj gwałtowne wzrosty lub spadki powodowane są istotnymi czynnikami np. zwiększeniem zysków przez firmę, zawarciem dużego kontraktu itp.
Co jednak istotne, wzrosty i spadki pojawiają się zazwyczaj w różnym czasie.
W przypadku Interferie huśtawka cen miała miejsce w przeciągu zaledwie kilku dni, co wzbudziło podejrzenia niektórych inwestorów.
SII oczekuje od Komisji Nadzoru Finansowego wyjaśnienia sprawy zakupu i sprzedaży akcji Interferie przez jej wiceprezesa. Zachodzi bowiem podejrzenie, że mogło dojść do wykorzystania poufnych informacji do odniesienia korzyści majątkowych. Czy nie jest podejrzane to, że wiceprezes spółki zakupił znaczny pakiet akcji kilkanaście dni przed tym, jak spółka podała istotne informacje o przeprowadzanych transakcjach. Informacje te obudziły nadzieję na podniesienie prognozy finansowej i miały również znaczny wpływ na kurs akcji, który wzrósł z niespełna 6 zł* na początku listopada, do prawie 14 zł (13,48 zł) na koniec listopada. Wiceprezes Andrzej Bukowczyk sprzedał swój pakiet akcji, a w kilka dni później spółka opublikowała raport o, uwaga!... obniżce prognozy zysków.
Skąd taka zmiana o 180 stopni w przeciągu miesiąca?
O ile sam zakup akcji przez wiceprezesa można by jakoś wytłumaczyć, o tyle publikowanie dwóch sprzecznych raportów i sprzedaż w międzyczasie posiadanych akcji może sugerować, że nie było to dzieło przypadku.
Działania podjęte przez SII mają na celu dokładne zbadanie, czy doszło w tym przypadku do nadużycia, a jeśli tak, to spółka zostanie ukarana grzywną. Chciałbym tylko wspomnieć, że amerykańska instytucja SEC (Securities and Exchange Commission) tropi od lat tego typu przypadki, a kary są bardzo surowe, nie wyłączając kar pozbawienia wolności. Bycie „lepiej poinformowanym” od innych uczestników rynku może zatem okazać się bardzo kosztowne i niebezpieczne.
Mam nadzieję, że podobne standardy postępowania wobec nadużyć staną się w Polsce normą i odstraszą skutecznie wszystkie osoby spragnione szybkiego, łatwego lecz nieuczciwego zarobku.
Przydatne adresy:
www.sec.gov
www.knf.gov.pl
www.sii.org.pl
* dane GPW.
Pioneer TFI traci impet na rynku funduszy
W telewizji można ostatnio obejrzeć reklamę TFI Pioneer zakończoną zdaniem. Pioneer – pierwszy fundusz w Polsce.
Pierwszy – cóż znaczy to słowo?
Czy to, że jest największy?
Czy może, że przynosi największe zyski inwestorom?
Czy pierwszy to po prostu odniesienie się do daty powstania?
Jeśli tak, to nie można nic kwestionować. Pioneer był pierwszym zarejestrowanym funduszem inwestycyjnym w Polsce.
Ostatnie rankingi TFI pokazały jednak wyraźnie, że Pioneer z roku na rok traci pozycję lidera. Coraz bardziej depczą mu po piętach numer 2 na rynku BZ WBK AIB znane jako Arka oraz numer 3 czyli TFI BPH. Pod względem dynamiki pozyskiwania aktywów Pioneer spadł na trzecią pozycję. Pozycja może i niezła, ale wartość środków pozyskanych od klientów, która wyniosła 4 mld zł, wobec 9,5 mld zł pozyskanych przez lidera rankingu BZ WBK AIB oraz 6 mld TFI ING, pokazują że Pioneer spoczął na laurach.
Jeszcze 2-3 lata temu udział TFI Pioneer w rynku funduszy sięgał 40%. Dziś ledwie 23,5%.
Skąd taki spadek, i to w czasie doskonałej koniunktury giełdowej panującej w latach 2005-2006?
Czy aby zarządzający Pioneer’a nie zachłysnęli się pozycją uzyskaną jeszcze w połowie 90-tych.
Nie mając praktycznie konkurencji, łatwo im było utrzymywać pozycję lidera.
Reklama i nowe produkty sposobem na Pioneera.
Któż z nas nie widział reklam funduszy Arka. Prasa, telewizja czy internet pełne były charakterystycznych, utrzymanych w zieleni spotów przedstawiających fundusze Arki jako najlepsze w ostatnim czasie. 100% zysku w rok – taka informacja przemawiała do klientów, którzy szturmowali placówki banków, biur maklerskich gdzie można było nabyć jednostki uczestnictwa. Doskonałe wyniki Arki w połączeniu ze zmasowaną reklamą pozwoliły funduszom BZ WBK AIB zwiększyć udział w rynku z 12,6% do 17,4%. Trzeci na rynku funduszy TFI ING, swój sukces zawdzięcza przede wszystkim nowym rodzajom funduszy. ING wprowadził w 2006 roku fundusz parasolowy z pięcioma subfunduszami.
Już pierwsze miesiące dystrybucji pokazały, że jest to bardzo trafiony produkt, który przyniósł TFI ING 35% spośród nowo pozyskanych aktywów. Dzięki temu udział rynkowy TFI ING wzrósł z 10,92% w 2005 roku do 12,86% na koniec 2006 roku.
Sytuacja w jakiej znalazł się Pioneer przypomina sytuację państwowych monopoli, które były przez lata liderami sektorów. Pojawienie się konkurencji boleśnie je uderzyło oraz obnażyło ich braki. Trudno bezpośrednio porównywać TFI Pioneer do nieefektywnych molochów. Jedno jest pewne. Ostatnie lata Pioneer przespał i nie wykorzystał w pełni szansy na utrzymanie pozycji.
Nic jednak nie daje takiej motywacji jak oddech konkurencji na plecach.
Pora na kontraatak.
Pierwszym krokiem jest fuzja Pekao S.A. z BPH. Pioneer uzyska dostęp do nowych klientów poprzez liczną sieć placówek BPH. Drugim ruchem powinno być tworzenie nowych funduszy. Stworzony na fali mody na fundusze małych spółek Pioneer Małych i Średnich Spółek zajął trzecie miejsce w rankingu funduszy akcyjnych. Co ciekawe, w tym samym rankingu wyprzedził on fundusz Arki. Pomocą dla Pioneera mogą też być nowe zapisy w kodeksie funduszy inwestycyjnych, które ujednolicają politykę informowania o wynikach. Brak stosownych wytycznych umożliwiał dotychczas funduszom dość dużą swobodę przy podawaniu wyników, choćby na potrzeby reklamy.
Z takiego dobrodziejstwa korzystały m.in. fundusze Arki podając w reklamach wyniki ze ściśle określonego i oczywiście bardzo udanego dla funduszu okresu. Takiej formy podawania wyników nie można uznać za nieuczciwą, ale za „nie fair” owszem. Mało kto wie, że np. w czasie znacznej korekty w maju 2006 r. to właśnie posiadacze funduszy Arki ponieśli dotkliwe straty. Agresywna polityka inwestycyjna dawała znakomite efekty w czasie hossy, ale zemściła się podczas wyprzedaży.
Kodeks funduszy inwestycyjnych powinien w znacznym stopniu ograniczyć grę wynikami, co z pewnością klientom TFI wyjdzie na dobre.
Podsumowując, przed TFI Pioneer dużo pracy o utrzymanie pozycji największego Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych w Polsce. Walczyć jest jednak o co. Aktywa TFI na koniec 2006 roku sięgnęły 98 mld zł. Według szacunków na ten rok mają wzrosnąć do 130 mld zł. Walka pomiędzy TFI o prymat na rynku nie będzie z pewnością łatwa, ale może przyczynić się do powstania nowych ciekawych produktów, a to z pewnością klienci przyjmą z zadowoleniem.
Źródło: IZFiA, Analizy Online, PB
Pierwszy – cóż znaczy to słowo?
Czy to, że jest największy?
Czy może, że przynosi największe zyski inwestorom?
Czy pierwszy to po prostu odniesienie się do daty powstania?
Jeśli tak, to nie można nic kwestionować. Pioneer był pierwszym zarejestrowanym funduszem inwestycyjnym w Polsce.
Ostatnie rankingi TFI pokazały jednak wyraźnie, że Pioneer z roku na rok traci pozycję lidera. Coraz bardziej depczą mu po piętach numer 2 na rynku BZ WBK AIB znane jako Arka oraz numer 3 czyli TFI BPH. Pod względem dynamiki pozyskiwania aktywów Pioneer spadł na trzecią pozycję. Pozycja może i niezła, ale wartość środków pozyskanych od klientów, która wyniosła 4 mld zł, wobec 9,5 mld zł pozyskanych przez lidera rankingu BZ WBK AIB oraz 6 mld TFI ING, pokazują że Pioneer spoczął na laurach.
Jeszcze 2-3 lata temu udział TFI Pioneer w rynku funduszy sięgał 40%. Dziś ledwie 23,5%.
Skąd taki spadek, i to w czasie doskonałej koniunktury giełdowej panującej w latach 2005-2006?
Czy aby zarządzający Pioneer’a nie zachłysnęli się pozycją uzyskaną jeszcze w połowie 90-tych.
Nie mając praktycznie konkurencji, łatwo im było utrzymywać pozycję lidera.
Reklama i nowe produkty sposobem na Pioneera.
Któż z nas nie widział reklam funduszy Arka. Prasa, telewizja czy internet pełne były charakterystycznych, utrzymanych w zieleni spotów przedstawiających fundusze Arki jako najlepsze w ostatnim czasie. 100% zysku w rok – taka informacja przemawiała do klientów, którzy szturmowali placówki banków, biur maklerskich gdzie można było nabyć jednostki uczestnictwa. Doskonałe wyniki Arki w połączeniu ze zmasowaną reklamą pozwoliły funduszom BZ WBK AIB zwiększyć udział w rynku z 12,6% do 17,4%. Trzeci na rynku funduszy TFI ING, swój sukces zawdzięcza przede wszystkim nowym rodzajom funduszy. ING wprowadził w 2006 roku fundusz parasolowy z pięcioma subfunduszami.
Już pierwsze miesiące dystrybucji pokazały, że jest to bardzo trafiony produkt, który przyniósł TFI ING 35% spośród nowo pozyskanych aktywów. Dzięki temu udział rynkowy TFI ING wzrósł z 10,92% w 2005 roku do 12,86% na koniec 2006 roku.
Sytuacja w jakiej znalazł się Pioneer przypomina sytuację państwowych monopoli, które były przez lata liderami sektorów. Pojawienie się konkurencji boleśnie je uderzyło oraz obnażyło ich braki. Trudno bezpośrednio porównywać TFI Pioneer do nieefektywnych molochów. Jedno jest pewne. Ostatnie lata Pioneer przespał i nie wykorzystał w pełni szansy na utrzymanie pozycji.
Nic jednak nie daje takiej motywacji jak oddech konkurencji na plecach.
Pora na kontraatak.
Pierwszym krokiem jest fuzja Pekao S.A. z BPH. Pioneer uzyska dostęp do nowych klientów poprzez liczną sieć placówek BPH. Drugim ruchem powinno być tworzenie nowych funduszy. Stworzony na fali mody na fundusze małych spółek Pioneer Małych i Średnich Spółek zajął trzecie miejsce w rankingu funduszy akcyjnych. Co ciekawe, w tym samym rankingu wyprzedził on fundusz Arki. Pomocą dla Pioneera mogą też być nowe zapisy w kodeksie funduszy inwestycyjnych, które ujednolicają politykę informowania o wynikach. Brak stosownych wytycznych umożliwiał dotychczas funduszom dość dużą swobodę przy podawaniu wyników, choćby na potrzeby reklamy.
Z takiego dobrodziejstwa korzystały m.in. fundusze Arki podając w reklamach wyniki ze ściśle określonego i oczywiście bardzo udanego dla funduszu okresu. Takiej formy podawania wyników nie można uznać za nieuczciwą, ale za „nie fair” owszem. Mało kto wie, że np. w czasie znacznej korekty w maju 2006 r. to właśnie posiadacze funduszy Arki ponieśli dotkliwe straty. Agresywna polityka inwestycyjna dawała znakomite efekty w czasie hossy, ale zemściła się podczas wyprzedaży.
Kodeks funduszy inwestycyjnych powinien w znacznym stopniu ograniczyć grę wynikami, co z pewnością klientom TFI wyjdzie na dobre.
Podsumowując, przed TFI Pioneer dużo pracy o utrzymanie pozycji największego Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych w Polsce. Walczyć jest jednak o co. Aktywa TFI na koniec 2006 roku sięgnęły 98 mld zł. Według szacunków na ten rok mają wzrosnąć do 130 mld zł. Walka pomiędzy TFI o prymat na rynku nie będzie z pewnością łatwa, ale może przyczynić się do powstania nowych ciekawych produktów, a to z pewnością klienci przyjmą z zadowoleniem.
Źródło: IZFiA, Analizy Online, PB
Etykiety:
akcje,
ekonomia,
giełda,
gospodarka,
inwestowanie,
TFI
Fundusze inwestycyjne lokujące na rynkach azjatyckich.
Azja – to ostatnio najmodniejszy kierunek inwestycji dla funduszy inwestycyjnych.
Skąd taki pęd do inwestowania na rynkach azjatyckich? Czy fundusze inwestycyjne lokujące na tamtejszym rynku rzeczywiście są tak atrakcyjne? Na jakie ryzyko musimy być przygotowani? Kiedy i dla kogo ta forma inwestycji może być atrakcyjna? Na te i inne pytania postaram się odpowiedzieć poniżej.
Zerkając na wyniki jakie osiągnęły w ubiegłym roku fundusze inwestycyjne inwestujące na rynkach zagranicznych łatwo zauważyć, że klienci wielu z nich nie mieli powodów do radości.
Wszystko za sprawą różnic kursowych. Zwłaszcza fundusze denominowane w USD nie były trafioną inwestycją. W 2006 r. kurs USD osłabił się wobec PLN o ok. 13%. Jeśli dodamy do tego wysokie opłaty manipulacyjne sięgające 4%, większość funduszy akcyjnych jeśli nawet osiągnęły niezłe zyski - ok. 20% to ostatecznym rozrachunku nie dały wiele zarobić.
Jeśli zainteresujemy się rynkami azjatyckimi mamy dwie możliwości. możemy skorzystać z oferty krajowych TFI, które posiadają fundusze inwestujące na zagranicznych rynkach lub kupić jednostki światowych gigantów takich jak Franklin Templeton czy Merrill Lynch. Oferują one o wiele większy wybór funduszy, a ich jednostki uczestnictwa można nabyć w bankach i firmach doradztwa finansowego.
Moda na Azję
W ostatnim czasie nastała prawdziwa moda na azjatyckie fundusze. Tylko ile w tym zabiegów marketingowych, a ile prawdziwych korzyści? O tym przekonają się inwestorzy, którzy zdecydują się zainwestować w fundusze inwestycyjne lokujące w Azji.
Wydaje się, że główną zachętą do inwestowania na tamtejszych rynkach jest bardzo szybki wzrost gospodarczy Chin. 10-11% PKB jakie osiąga rokrocznie chińska gospodarka musi robić wrażenie.
O czym warto wiedzieć decydując się na inwestycję na rynkach azjatyckich:
Wyższe prowizje
W odróżnieniu od wielu krajowych funduszy, których jednostki uczestnictwa można kupić przez internet bez płacenia opłat manipulacyjnych w przypadku funduszy globalnych typu Franklin Templeton prowizje sięgają nawet 5%.
Ryzyko walutowe
Wybierając inwestycję w fundusze denominowane w walutach nie możemy zapominać o ryzyku walutowym. Obecnie wiele sprzyja krajowej walucie, co oznacza jej umacnianie, a tym samym spadek zysku po przeliczeniu walut na złotówki. Posługując się danymi o kursie USD/PLN z 2006 roku wyraźnie widać, iż dolar stracił wobec złotówki 13%. Jeśli dodamy do tego ok. 4-5% prowizji od zakupu jednostek i tyle samo za ich umorzenie, okaże się że aby wyjść na swoje trzeba było zarobić
w funduszu ok. 22% rocznie. A to już nie takie proste. Dużo wyższe zyski przyniosły w 2006 r. fundusze akcyjne inwestujące w akcje na rynku europejskim. Najlepszy dał zarobić 37% w euro.
Jaką mamy szansę, że zainwestujemy w tak dochodowy fundusz? Nikłe. Tymczasem akcyjne fundusze krajowe przyniosły 50-60% aż po rekordowy DWS TOP 25, który dał zarobić ponad 80%.
Wyższe limity inwestycyjne
Franklin Templeton i Merrill Lynch to światowi giganci na rynku funduszy inwestycyjnych.
Stawiają jednak najwyższe wymagania co do minimalnych kwot inwestycji. I tak w FT minimalna wpłata to 2500 euro, a w ML 5000 euro.
Mniejszych kwot inwestycji oczekują Raiffeisen i Fortis. W pierwszym minimum to 1000 euro, w drugim 1000 dolarów lub 1000 euro. Najmniejsze wymogi stawiają Legg Mason i Robeco, który pozwala inwestować na rynkach wschodzących już za 500 zł.
Spośród krajowych TFI, fundusze umożliwiające inwestycje na rynku azjatyckim oferują:
Pioneer, który wymaga 1000 zł minimalnej wpłaty, Pekao/Credit Suisse również 1000 zł, oraz AIG Parasolowy, który jednak ceni się wyżej wymagając 5000 zł.
Dywersyfikacja
Określenie to pojawia zawsze przy okazji dzielenia ryzyka inwestycyjnego. Nie inaczej jest w przypadku lokowania kapitału na rynkach azjatyckich. Biorąc pod uwagę czynniki ryzyka, jak choćby zmiany wartości walut, inwestycje w fundusze na rynkach azjatyckich nie powinny stanowić więcej jak 20-30% wartości naszego portfela. Obserwując inwestycje na krajowym rynku funduszy inwestycyjnych, które w ostatnich latach przyniosły znacznie wyższe zyski niż azjatyckie, te ostatnie należy raczej traktować jako uzupełnienie form inwestowania.
Rynek azjatycki poza ogromnym wzrostem gospodarczym rodzi również zagrożenia.
Tak dynamiczny rozwój wcześniej czy później może ulec zahamowaniu, o ile nie załamaniu.
Wiadomo, jakie miałoby to skutki dla giełd tamtego regionu. Trudno przewidzieć reakcję światowych gigantów wśród funduszy inwestycyjnych. Gwałtowna wyprzedaż akcji na giełdzie chińskiej odbiłaby się czkawką na pozostałych giełdach, a inwestujące na niej fundusze inwestycyjne liczyłyby swoje straty.
Nie od dziś wiadomo, że chiński boom gospodarczy budzi zarówno zachwyt jak i niepokój.
Podejmowane są nawet delikatne kroki, aby zmniejszyć tempo wzrostu PKB, ale póki co niewiele one dają.
Polski rynek giełdowy, choć marginalny ze względu na swoją wielkość, ma swoje zalety. Łatwo go śledzić. Jest niejako obok. Wiadomo ogólnie co wpływa na koniunkturę na GPW. Dobre dane gospodarcze, wysokie zyski spółek giełdowych, napływ aktywów do TFI i OFE. Jednym słowem łatwiej kontrolować swoje inwestycje. Zakup czy sprzedaż jednostek krajowych funduszy inwestycyjnych nie stanowi większego problemu.
Podsumowując, nie dajmy się zwariować i nie ulegajmy samej modzie na inwestowanie w Azji.
Reklama czy doradcy finansowi mają na celu przyciągnąć klienta, ale nie zagwarantują nam zysków.
Skąd taki pęd do inwestowania na rynkach azjatyckich? Czy fundusze inwestycyjne lokujące na tamtejszym rynku rzeczywiście są tak atrakcyjne? Na jakie ryzyko musimy być przygotowani? Kiedy i dla kogo ta forma inwestycji może być atrakcyjna? Na te i inne pytania postaram się odpowiedzieć poniżej.
Zerkając na wyniki jakie osiągnęły w ubiegłym roku fundusze inwestycyjne inwestujące na rynkach zagranicznych łatwo zauważyć, że klienci wielu z nich nie mieli powodów do radości.
Wszystko za sprawą różnic kursowych. Zwłaszcza fundusze denominowane w USD nie były trafioną inwestycją. W 2006 r. kurs USD osłabił się wobec PLN o ok. 13%. Jeśli dodamy do tego wysokie opłaty manipulacyjne sięgające 4%, większość funduszy akcyjnych jeśli nawet osiągnęły niezłe zyski - ok. 20% to ostatecznym rozrachunku nie dały wiele zarobić.
Jeśli zainteresujemy się rynkami azjatyckimi mamy dwie możliwości. możemy skorzystać z oferty krajowych TFI, które posiadają fundusze inwestujące na zagranicznych rynkach lub kupić jednostki światowych gigantów takich jak Franklin Templeton czy Merrill Lynch. Oferują one o wiele większy wybór funduszy, a ich jednostki uczestnictwa można nabyć w bankach i firmach doradztwa finansowego.
Moda na Azję
W ostatnim czasie nastała prawdziwa moda na azjatyckie fundusze. Tylko ile w tym zabiegów marketingowych, a ile prawdziwych korzyści? O tym przekonają się inwestorzy, którzy zdecydują się zainwestować w fundusze inwestycyjne lokujące w Azji.
Wydaje się, że główną zachętą do inwestowania na tamtejszych rynkach jest bardzo szybki wzrost gospodarczy Chin. 10-11% PKB jakie osiąga rokrocznie chińska gospodarka musi robić wrażenie.
O czym warto wiedzieć decydując się na inwestycję na rynkach azjatyckich:
Wyższe prowizje
W odróżnieniu od wielu krajowych funduszy, których jednostki uczestnictwa można kupić przez internet bez płacenia opłat manipulacyjnych w przypadku funduszy globalnych typu Franklin Templeton prowizje sięgają nawet 5%.
Ryzyko walutowe
Wybierając inwestycję w fundusze denominowane w walutach nie możemy zapominać o ryzyku walutowym. Obecnie wiele sprzyja krajowej walucie, co oznacza jej umacnianie, a tym samym spadek zysku po przeliczeniu walut na złotówki. Posługując się danymi o kursie USD/PLN z 2006 roku wyraźnie widać, iż dolar stracił wobec złotówki 13%. Jeśli dodamy do tego ok. 4-5% prowizji od zakupu jednostek i tyle samo za ich umorzenie, okaże się że aby wyjść na swoje trzeba było zarobić
w funduszu ok. 22% rocznie. A to już nie takie proste. Dużo wyższe zyski przyniosły w 2006 r. fundusze akcyjne inwestujące w akcje na rynku europejskim. Najlepszy dał zarobić 37% w euro.
Jaką mamy szansę, że zainwestujemy w tak dochodowy fundusz? Nikłe. Tymczasem akcyjne fundusze krajowe przyniosły 50-60% aż po rekordowy DWS TOP 25, który dał zarobić ponad 80%.
Wyższe limity inwestycyjne
Franklin Templeton i Merrill Lynch to światowi giganci na rynku funduszy inwestycyjnych.
Stawiają jednak najwyższe wymagania co do minimalnych kwot inwestycji. I tak w FT minimalna wpłata to 2500 euro, a w ML 5000 euro.
Mniejszych kwot inwestycji oczekują Raiffeisen i Fortis. W pierwszym minimum to 1000 euro, w drugim 1000 dolarów lub 1000 euro. Najmniejsze wymogi stawiają Legg Mason i Robeco, który pozwala inwestować na rynkach wschodzących już za 500 zł.
Spośród krajowych TFI, fundusze umożliwiające inwestycje na rynku azjatyckim oferują:
Pioneer, który wymaga 1000 zł minimalnej wpłaty, Pekao/Credit Suisse również 1000 zł, oraz AIG Parasolowy, który jednak ceni się wyżej wymagając 5000 zł.
Dywersyfikacja
Określenie to pojawia zawsze przy okazji dzielenia ryzyka inwestycyjnego. Nie inaczej jest w przypadku lokowania kapitału na rynkach azjatyckich. Biorąc pod uwagę czynniki ryzyka, jak choćby zmiany wartości walut, inwestycje w fundusze na rynkach azjatyckich nie powinny stanowić więcej jak 20-30% wartości naszego portfela. Obserwując inwestycje na krajowym rynku funduszy inwestycyjnych, które w ostatnich latach przyniosły znacznie wyższe zyski niż azjatyckie, te ostatnie należy raczej traktować jako uzupełnienie form inwestowania.
Rynek azjatycki poza ogromnym wzrostem gospodarczym rodzi również zagrożenia.
Tak dynamiczny rozwój wcześniej czy później może ulec zahamowaniu, o ile nie załamaniu.
Wiadomo, jakie miałoby to skutki dla giełd tamtego regionu. Trudno przewidzieć reakcję światowych gigantów wśród funduszy inwestycyjnych. Gwałtowna wyprzedaż akcji na giełdzie chińskiej odbiłaby się czkawką na pozostałych giełdach, a inwestujące na niej fundusze inwestycyjne liczyłyby swoje straty.
Nie od dziś wiadomo, że chiński boom gospodarczy budzi zarówno zachwyt jak i niepokój.
Podejmowane są nawet delikatne kroki, aby zmniejszyć tempo wzrostu PKB, ale póki co niewiele one dają.
Polski rynek giełdowy, choć marginalny ze względu na swoją wielkość, ma swoje zalety. Łatwo go śledzić. Jest niejako obok. Wiadomo ogólnie co wpływa na koniunkturę na GPW. Dobre dane gospodarcze, wysokie zyski spółek giełdowych, napływ aktywów do TFI i OFE. Jednym słowem łatwiej kontrolować swoje inwestycje. Zakup czy sprzedaż jednostek krajowych funduszy inwestycyjnych nie stanowi większego problemu.
Podsumowując, nie dajmy się zwariować i nie ulegajmy samej modzie na inwestowanie w Azji.
Reklama czy doradcy finansowi mają na celu przyciągnąć klienta, ale nie zagwarantują nam zysków.
Etykiety:
akcje,
fundusze inwestycyjne,
giełda,
inwestowanie
Subskrybuj:
Posty (Atom)